Kazanie 28 Niedziela Zwykła 11.10.2026r.

  1. Boleśnie wspominamy pandemię. Wielu przypisuje jej obecny kryzys wiary w naszym społeczeństwie. Jednak był w tej sytuacji bezcenny moment. W czasie dyspensy, gdy można było bez grzechowych konsekwencji we mszy nie uczestniczyć, na pierwszej mszy niedzielnej mimo wszystko w świątyni było wielu wiernych. Wtedy we wstępie powiedziałem, że to może pierwsza msza w życiu, na której jesteśmy bez obowiązku, bez lęku przed grzechem. Jesteśmy z wiary i pragnienia, z ufności i tęsknoty za spotkaniem z Bogiem. Nie z nawyku, lecz z jakiegoś źródła duchowej radości. W tę niedzielę można było lepiej zrozumieć Słowo Boże, które mówi o zaproszeniu na ucztę, jak to dzisiejsze. Nie jakąkolwiek ucztę, ale na radość zaślubin Syna. To opisuje także wizja proroka z I czytania: „Pan zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę…” Uczta to jeden z najważniejszych obrazów życia wiecznego. Dzięki Ewangelii wiemy, że nie chodzi tylko o przyszłe życie, chodzi o udział w uczcie zaślubin Syna już teraz. Co więcej, już wiemy, z kim Syn wchodzi w ten związek, z kim się jednoczy na zawsze, kto jest Jego wybranką. To człowiek, Kościół, każdy z nas. Zaślubiny z Synem to istota Komunii Świętej. Sedno każdej mszy.
  2. Ta ewangelia zaproszenia na ucztę wydaje się bezradna wobec tego, co dzieje się dzisiaj. W niej albo się jest, albo się nie jest. Są ci którzy odrzucili zaproszenie, wybierając własny sposób życia skupiony na konsumpcji, zarabianiu i wydawaniu. I ci, którzy weszli z łapanki, przypadku, nawet trochę przymuszeni i zaskoczeni. Wydaje się, że nic do nas nie pasuje. Najczęstszy nasz stan to raz jestem, a raz mnie nie ma. W w miarę upływu czasu coraz częściej mnie nie ma. I trudno powiedzieć, co bardziej kryje prawdę o mojej wierze, czy to, gdy jestem, czy to, gdy mnie nie ma. I jak zaproszeni z przypowieści prawie dokładnie powtarzamy, że jestem zapracowany, zmęczony, nie mam czasu, nie che mi się, zapomniałem. I co najtrudniejsze, że nie tylko ci, których tutaj nie ma, lecz my obecni, nie mamy pojęcia, że uczestniczymy w uczcie weselnej, w najwspanialszym fakcie zaślubin Boga z człowiekiem, z początkiem radości domu Ojca, który jest naszą wiecznością. Widzimy nasz obowiązek, zagrożenie grzechem, nie widząc cudownego daru powołania i zaproszenia na ucztę zastawioną nam przez Boga. Pierwsza część przypowieści też jest o nas, którzy uczestniczymy w tej uczcie. Jesteśmy, ale nie wiemy, w czym uczestniczymy. Jesteśmy jak ten człowiek bez stroju weselnego, można powiedzieć w ubraniu roboczym. Ten człowiek to wcielenie powiedzenia: „umiesz liczyć, licz na siebie.” Nie liczy się dar, ale to, co ja sam robię.
  3. Przykład z niedzieli pandemii mówi, że na szczęście prawda nie jest czarno biała. I ta radość udziału w darze Boga już w nas jest. Może bardzo ukryta jest w nas ta radość przeżywania nie tylko mszy, ale daru wiary. Jest jednak wdzięczność i światło, które rozjaśnia nadzieją nasze życie, że zmierza ono do wiecznej pełni i już teraz ją kosztuje. I żadne ludzkie zapracowania i konsumpcja tej radości dać nie mogą. Pozostaje pytanie: jak tę radość można wydobyć? W obrazie przypowieści znajdziemy opis niepojętej agresji. To masakrowanie tych, którzy przybyli z zaproszeniem. Jakaś szalona agresja. Zapewne widzieliśmy, co wydarzyło się w parafii w Grojcu, gdzie tłum wiernych atakował biskupa. Absolutnie nie chodzi teraz o wskazywanie winnych, jak to robią internetowe komentarze. To pozostawmy ludziom o mentalności prokuratorów. To znak czasu dla nas wszystkich, jak bardzo nasze kościelne życie, nasze parafialne wspólnoty są zarażone gorzkim kwasem złości, gniewu, frustracji, smutku, obojętności, przemocy władzy, że tylko ja mam rację. Zamiast uczty weselnej mamy pole walki. Czasem na razie jest to partyzantka cichych obmów i plotek. I trudno o bardziej wstrząsający dowód, jak bardzo potrzebujemy synodalności, prawdziwego braterstwa, zdolności, by się wysłuchać, by cierpliwie rozwiązywać konflikty, umieć upominać i przebaczać. By nie być dla siebie najpierw sędziami, a potem katami. Tyle mówimy o atakach na Kościół, a okazuje się, że to my sami jesteśmy dla siebie zagrożeniem. W kim jest radość powołania na ucztę życia, będzie zdolny do prawdziwego zaangażowania w budowanie wspólnoty kościelnej, do leczenia ran, konfliktów, do prawdziwej troski o innych, nawet wtedy, kiedy będzie to bardzo trudne. Tak to robił wielki apostoł św. Paweł: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia…” Nie wystarczy przyjść na mszę, lecz trzeba w niej odkryć ucztę weselną. Nie każdego oddzielnie, ale we wspólnocie. Nie ma uczty w pojedynkę. Tak też kończy się Ewangelia: „Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych.”